To nie pierwszy raz kiedy zabieram się za prowadzenie bloga. Za pierwszym razem stanowił on jedno z moich postanowień noworocznych - i zakończył swój żywot tak szybko, jak rozpoczął. Kolejna próba była raczej zachcianką, niż przemyślaną decyzją. Nie miałam żadnej koncepcji co do tematyki, która zdawała mi się być esencją, bez której egzystencja internetowego pamiętnika była pozbawiona sensu, niewartościowa, a wskaźnikiem atrakcyjności pozostawała liczba wyświetleń i komentarzy. Z perspektywy czasu wiem, że podążałam wtedy za trendami, liczyłam skrupulatnie obserwatorów, pisałam to, co większość wybijających się blogerek, a równocześnie nie uznawałam faktu, że jestem taka sama jak pozostałe, mimo że w niczym od nich nie odstawałam.
Tym razem oczyszczam wszystkie wpisy z populizmu wszelakiej postaci, smętnych próśb o obserwowanie, pozostawienie komentarza czy lajka. To, co kiedyś wydawało mi się pomóc zdobyć popularność, teraz jawi mi się jako śmieszne, a wręcz żałosne pragnienie zwrócenia na siebie uwagi (którego końcem końców i tak nie udało mi się zaspokoić). Tak jak i wcześniej tematyka pozostanie dla Was (i dla mnie zapewne też) tajemnicą.
Także... zaczynamy odliczanie...3...2...1...